OBÓZ CZERNICA 2009
Przyjechaliśmy na obóz do Czernicy 4.07.2009 w sobotę wieczorem. W tym roku byliśmy na Kaszubach wraz z innymi drużynami wodnymi ze śląska (30 HDW, 32 HDW z Katowic i 4 HDW z Rudy Śl.). Na miejscu było już kilka innych drużyn harcerskich z całej Polski. My rozłożyliśmy nasz podobóz najdalej ze wszystkich, co wiązało się z noszeniem naszego ekwipunku na dużą odległość.
Przez kilka pierwszych dni mieliśmy zajęcia w podobozie (budowa masztu, bramy, ogrodzenia) oraz wyładunek sprzętu. Po zakwaterowaniu rozpoczęły się normalne zajęcia. Codziennie o 7.00 pobudka, rozgrzewka, apel, sprawdzenie ?klaru?, śniadanie. Następnie zajęcia w kursach (wioślarz, midszipmen lub żeglarz), obiad, cisza poobiednia i znów zajęcia w kursach, kolacja, zajęcia różne, cisza nocna. Niestety ze względu na położenie obozowiska w lesie i w pobliżu Parku Narodowego nie można było rozpalać ogniska. Podczas całego obozu mieliśmy tylko jedno takie ognisko na wyznaczonym do tego celu miejscu z wszystkimi drużynami znajdującymi się w tej chwili w Czernicy.
Kurs midszipmena pływał wyłącznie na wydrach, a kurs żeglarza na omegach wynajętych na miejscu. Jezioro w Czernicy było nie za duże, wąskie (był bardzo zmienny wiatr) ale za to piękne i nawet w miarę czyste. Niestety kąpiel w nim była uzależniona od godzin pracy miejscowego ratownika. W ten sposób ci którzy nie uczestniczyli rano w zaprawie woprowskiej często nie mieli możliwości wykąpania się. Trzeba jednak zaznaczyć że mieliśmy możliwość korzystania z ciepłego prysznica 2 razy w tygodniu (na 3 min). Tak mniej więcej wyglądało życie obozowe.
O kondycję fizyczną dbał nasz oboźny: drużynowy Malin, oprócz porannej rozgrzewki mieliśmy także w najmniej spodziewanych momentach tzw. ?kibel dwadzieścia? czyli bieg do latryny i z powrotem w 20 sekund. Biorąc pod uwagę dużą liczbę osób, było niemożliwym dobiegnięcie wszystkich na czas. Po powrocie następowała komenda ?całość padnij? i równe pompki. Po takim spontanicznym rozruszaniu kości i stawów powracaliśmy do zajęć (zazwyczaj akurat szliśmy na posiłek).
Codziennie rano na apelach po przekazaniu najważniejszych informacji rozdawano listy z naszej ?poczty obozowej?. Oczywiście najwięcej liścików otrzymywał Robert;), ale inni członkowie kadry także nie pozostawali bez niczego. Jedną z najważniejszych rzeczy było przyrzeczenie składane przez wielu członków naszej drużyny pod koniec obozu. Oczywiście odbyło się to w nocy na kei przy ognisku pływającym na wodzie.
Jednak najlepszą rzeczą na obozie był dwudniowy spływ Brdą zorganizowany najpierw dla wioślarzy, a potem dla midszipmenów. Po dopłynięciu na pole namiotowe we wsi Mylof, rozłożyliśmy namioty, wykąpaliśmy się w rzece i zjedliśmy kolację (była możliwość pójścia po zapiekankę i frytki). Mieliśmy ze sobą trzy namioty (z tego dwa dla kadry), jeden (6-ścio osobowy) dla 23 midszipmenów. Skończyło się na tym że dwie osoby spały w namiocie a reszta pod gołym niebem. Noc była piękna i ciepła. Rano większość zdążyła się wykąpać w darmowym prysznicu (pobudka była dopiero o ósmej).
W ostatni dzień odbyła się cepeliada i licytacja nagród. Z obozu wróciliśmy w niedzielę rano po całonocnej jeździe, najpierw autobusem, potem pociągiem z Katowic.
Basia Musioł





