ZHP - 6 Harcerska Drużyna Żeglarska z Rybnika

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Piękni, Młodzi i Bogaci ! czyli ekipa Wodnika II 2009

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

Przeżyć taki rejs to czysta przyjemność.Pogoda piękna, Bałtyk przyjazny no i ekipa wyborowa, która całkowiecie zrezygnowała z zasady ''miłuj bliżńiego'' na rzecz dotkryny ''oko za oko, ząb za ząb''. Na naszym jachcie drugi po Bogu kapitan - Mirosław Czampiel oraz podlegli mu oficerowie I oficer - Mateusz Golik, II oficer -Katarzyna Kupczak, III oficer Łukasz Szklanny. Resztę załogi stanowiła ekipa rozbrykanych dzieciaków, która starała się w lepszy, bądż gorszy sposób wykonywać powierzone im zadania. W skład ,której wchodzili Piotek Gaszczyk - Wąska Rura, Patryk Przebysławski- Śledż , Maciek Kotas- '',Karol Karpiak - Cycaty Lolo, Jan Fiałkowski - Ludwiczek Żółteoczko no i ja Ewa Szklanny , znaczy Powabna Kładzica na cześć imienia spożytej przez nas ryby w jednym z ''pięknych polskich kurortów''- Ustka.

 

To był słoneczny wakacyjny poranek, kiedy po raz pierwszy ujrzelismy naszą drewnianą brykę. Miała ona być gwarantem niezapomnianych przygód i hardcorowych wakacji.Wypłyneliśmy wieczorem, gdy przy brzegu fale były ogromne, a ludzi na plaży już nie było. Niektórych początek rejsu dosć poważnie zaskoczył.Trzymali się masztu i wypowiadali różne magiczne słowa , których tu nie przytocze ze względów estetycznych. Nasz pierwszy cel - Bornholm. Na mapie w sumie niedaleko, ale w rzeczywistości dotarcie do tej duńskiej wyspy zajęło nam dwie doby. Dlaczego ,aż tyle? Każdy z młodych wilków morskich na początku w ramach ćwiczeń na sterze pragnął zakreslić torem ruchu statku swoje imię. Niektórzy bardziej ambitni brali się także za nazwisko, ale to już wybitni specjaliści!. Podróż umilał nam otwierające się drzwi od kibla, które pragnęły nam coś przekazać alfabetem morsa - cięzko było nam rozszyfrować tą wiadomość. Kolejnym umilaczem czasu było opróżnianie wody z zenzy. Tą funkcje w sumienny sposób wypełniała wachta III. Widać było ,ze ci faceci lubią to zajęcie, dlatego nie przeszkadzaliśmy naszym robotnikom.W drugim dniu żeglugi mieliśmy już swojego ''prezesa''- reprezentant wachty II. Chłopak pewnie był zaskoczony i wzruszony swoją nominacją do piastowania tej funkcji. Każdy uczestnik rejsu z zazdrością w głosie gratulował mu tak szybkiego awansu. Trzeba także stwierdzić, iż wachty rywalizowały w podbojach kulinarnych. Jedzenie po tych dwóch 'żygliwych dniach'' stało sie przyjemnością. Osobiście uwazam ,że śniadania i kolacje przypominały poczęstunki jakie miewa się na uroczystościach rodzinnych !.Sam kapitan często powtarzał ,że ,,Na tym rejsie nie da się schudnąć''. Tu należy wspomnieć , że na naszym polskich stole zawsze królowała cesarzowa smaku chemii i plastiku - niezawodna Delma ,która nie chciała sie rozpuszczac nawet na patelni. Kisiele , budynie - bez watpienia były naszymi słodkimi towarzyszami na wachtach nocnych (niestey , w domu tracą one swój smak). Wachty nocne ku oburzeniu wachty Łukasza w bardzo precyzyjny sposób omijając depeściaki ( wachta od 20-24) wpadaja na same psiaki ( wachta od 24 - 04) O! parodio losu...! Byli żli , poirytowani i zgorszeni zastaną sytuacją. Posunęli się nawet do prymitywnego szantażu grożąc innym ,że na kolacje zaserwują jedynie chleb z pasztetem.
Wyspa Bornholm do której dopłynęliśmy w niedzielę okazała się raczej żywym skansenem niż miejscem na szaloną imprezę. Męska część załogi była zawiedziona. Pragnęli oni pięknych kobiet wyczekujących na nich na brzegu skalistej wyspy. Marzenia natomiast odbiegały troszkę od rzeczywistości. Najmłodsza ,którą spotkali miała ok 45 lat. Niestety gorączki sobotniej nocy tym razem nie było. Nazajutrz zwiedziliśmy wyspę na wynajętych, holenderskich rowerach .Wyprzedzani przez jadących w zawodach kolarzy pruliśmy przez siebie zatrzymując się w efektownych miejscach. Dziwnym zjawiskiem bezgranicznego zaufania do ludu była wystawiona budka z borówkami bez sprzedawcy , jedynie z oczekującą na zapłatę skarbonką. My zwykli, szarzy Polacy nie umielismy tego ogarnąć ! Czyżby nasz kręgosłup moralny był ,aż tak zakrzywiony?. Po kolacji, którą była zupa rybna z grzankami przyrządzona przez wachtę I , wyruszylismy na wyspę Christianso. Wyróżaniała się ona od innych miejsc, które dotychczas widziałam nudą i pustkowiem. Nie tracąc dłużej czasu wyruszyliśmy nocą do Szwecji. Wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa! Pech chciał ,że zaczęło nam mocno wiać. Wyobraźcie sobie : jest noc, wiatr huczy , dziadki (duże fale) wchodzą na pokład nie pytając o pozwolenie, łódkę kołyszę jak cholera, drzwi od kibla znów nadają zaszyfrowane wiadomości. Skutek---> adrenalina rosła, kortyzol się wytwarzał , mięśnie tężały ! OOoooo........ zgrozo.....! Po paru nieudanych sztagach przez grot i fok można było oglądać gwiazdy ( podarły się).Zrzucać żagle! wracamy na silniku !- ryknął nasz zawsze opanowany kapitan. Tu brawa dla naszego piącego ropę kolegi ,który własnie zapalił. Czasami miewał on humory odmawiając posłuszeństwa z powodu zapowietrzania się.Kolejnym mankamentem jego funkcjonalności był brak opcji - bieg wsteczny. Ale i tak go wtedy kochalimy - ZADZIAŁAŁ !. Rankiem wrócilismy na Bornholm do portu Allinge. Podarte żagle, brak gazu , niepewny silnik - musielismy troche zostać na wyspie. Faceci uporali się z naprawieniem szkód dość szybko, ale marzenia o Szwecji nie spełniły się. Choć pozostało nam jedyne 50 mil do Karlskrony , a wiatr mielibyśmy od tyłu , to kapitan postanowił wracać ,gdyż na Bałtyku miała szaleć szóstka.. Po południu wracalismy do Polski : Ustka , Hel , na którym panował DJ Piorun i jego spaśne hity nie przypadły nam raczej do gustu. Cudowny był natomiast Gdańsk. W restauracji SPHIX poczuliśmy się jak burżuje. Zwiedzając Gdańsk nocą myśleliśmy o odwiedzeniu pubu '''Piękni , młodzi i bogaci''. Nazwa w doskonały spodób oddawała ducha załogi.Odziani w dresy i polary zboczyliśmy z kursu na widok dwóch potężnych miśków o pejoratywnym nastawieniu do świata. Wracając do portu w Gdyni nasz kapitan i oficerowie sporządzili nam chrzest morski. Niczym dzieciaki z zielonej szkoły mieliśmy zadania do zrealizowania ,aby uzyskać miano prawdziwego wilka morskiego. Wysmarowani od węgla i mokszy czołgaliśmy się po pokładzie prosząc o litośc Neptuna, którym był Kapitan. Poraczył on nas ''wyborną" zupą na bazie wody z zenzy i starej fasolki z dwóch dni! Pamiętajcie ! Pan Neptun jest depeściak ! A jego diabły? Jego diabły tez są debeściak? W Gdyni oddaliśmy jacht , poszliśmy do kościoła i kina , odwiedzilimy także babcię klozetową ,która była niesamowicie miłą kobitką ( tym razem bez ironi)
Był to mój pierwszy rejs. Morze to wspaniałe miejsce dla doznania niezapomnianych przygód , uporządkowania myśli czy poznania prawdziwego oblicza drugiej osoby. W nocy każdy musi kontrolować drugiego. Nie można nawet zamknąć na chwilę oczu,gdyż należy pamiętać ,że pod pokładem śpią nasi koledzy ,którzy nam przecież zaufali!

 

Zmieniony: Wtorek, 22 Wrzesień 2009 17:09  

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Mustrowanie