Tegoroczny Jesienny Spływ Wiślany można bez wątpienia uznać za najciekawszy z dotychczas przeżytych (a przynajmniej wg nas - dziewczyn :) ). Atmosfera spływowa była wyjątkowo rodzinna, ponieważ w skład ekipy wchodziło tym razem "aż" 5 osób, czyli: Aneta, Pola, Natasza, Salam oraz komendant, czyli Dziku. Nie można oczywiście pominąć wiernej towarzyszki komendanta, jaką była Klementynka.
Od samego początku nie obyło się bez niespodzianek. Już podczas podróży pociągiem zajechaliśmy za daleko, czyli do Czechowic-Dziedzic zamiast do Goczałkowic, niemniej jednak dostarczyło nam to niezapomnianych wrażeń turystyczno-krajoznawczych.
Transport kanadyjek (w składzie Salam oraz Łukasz Sz.) musiał zmierzyć się z nie mniejszym problemem dotyczącym samego pojazdu. Jednak dzielny Łukasz szybko poradził sobie z usterką (a ściślej z zaciągniętym ręcznym).
Wiele stresu przeżyły również nasze plecaki, które przypadkiem zostały spakowane do transportu innej drużyny biorącej udział w spływie (tu należy nadmienić, iż jedynie my mieliśmy bety cały czas przy sobie, pozostałe drużyny transportowały je z miejsca na miejsce przy pomocy samochodów) i gdyby nie refleks naszego wspaniałego komendanta, pojechałyby one w siną dal.
W końcu udało nam się wypłynąć trzema kanadyjkami dwójkami, bez większych uszkodzeń ciała. Byliśmy w lepszej sytuacji niż inne drużyny, jako, że pierwszego dnia mieliśmy do przepłynięcia najkrótszy odcinek (z Goczałkowic do Woli, gdzie czekał na nas komfortowy nocleg w stodole). Płynęliśmy ciesząc się ostatnimi promieniami słońca (kto bardzo się starał ten je zauważył:)) [Pola z Nataszą zauważyły je na pewno, jako, że pływały bokiem, tyłem, przodem, ukosem, średnio raz na 5 minut wpływając na brzeg - nie wiem wogóle, kto dał Poli patent wioślarza :P], otoczenie było miłe (nie natknęliśmy się na ani jedną nabrzmiałą świnię, czy też krowę wiszącą na drzewie, spotkaliśmy za to autentycznego, ŻYWEGO lisa). Zewsząd otaczały nas niezidentyfikowane obiekty dryfujące po wodach Wisły (a to, co można było tam nieraz ujrzeć naprawdę zapierało dech w piersiach :P). Niemiłym akcentem spływu było utracenie jednego członka załogi Ostrygojada, czyli Klementyny (bądź Klemensa, co nie zostało do końca ustalone, istnieją podejrzenia, iż Klementyna naprawde była kobietą, a podawała się ze Klemensa, by płynąć z Dzikiem [no tak, kto by nie chciał :P]), która za nieodpowiednie i nieharcerskie zachowanie zmuszona była opuścić łódź.
Poza tym incydentem czas mijał nam niezwykle przyjemnie (łącznie z krótkim postojem i obiadem spożytym pod mostem) aż w popołudniowych godzinach zaczęliśmy wypatrywać miejsca postoju. Dwie kanadyjki - Salama i Anety oraz Dzika i Klementyny - wysunęły się na prowadzenie i tak mijaliśmy kolejno inne drużyny na ich postojach (co zaczęło nas nieco niepokoić, zresztą lekki niepokój ogarnął nas już wcześniej, kiedy to Dziku stwierdził, że nie widział jeszcze miejsca przypominającego nasza stodołę, ale nie pamięta również, by pierwszego dnia mijało się pewien duży most - my oczywiście minęliśmy i to niejeden). Ponieważ zaczęło się ściemnieć, ostatnia kanadyjka (ta z najbardziej leniwą załogą ;)) przyspieszyła, aby skonsultować sprawę z komandantem. Po zaciągnięciu informacji u ostatnich wędkarzy zbierających się już do domu, okazało się, że dopłynęliśmy "nieco" za daleko - do Bierunia, czyli miasta w którym drugiego dnia po południu planowo kończył się spływ. Było to jednak do przewidzenia, ponieważ Szóstkowicze zawsze znani byli z ogromnych ambicji, aby zrobić coś ponad normę:. Chcąc trochę się cofnąć ćwiczyliśmy pokonywanie bystrza pod prąd i kiedy za piątym razem nam się udało (po drodze trzy razy nabraliśmy wody) stwierdziliśmy, iż nie ma sensu płynąć w górę rzeki (zwłaszcza jeśli nic nie było już widać) i się zawróciliśmy. Wyszukaliśmy w miarę przyjazne miejsce by się zatrzymać, a następnie Dziku znalazł przemiłych gospodarzy, którzy udostępnili nam swoją izbę. Tak więc nie musieliśmy spać na polu pod gołym niebem :P. Dzień tradycyjnie zakończyliśmy patyczkiem dzieląc się wrażeniami z przeżytego dnia, a następnie się położyliśmy. Spało się całkiem sympatycznie, przy czym najwięcej na niewygodę narzekał Salam śpiący na kanapie.
Nazajutrz mieliśmy dopłynąć do mostu w Bieruniu i tym razem już bardzo uważaliśmy, by go przypadkiem nie minąć. Zajęło nam to jakies pół godziny i uważanie zakończyło się sukcesem - zatrzymaliśmy się przed mostem, Salama i kanadyjki porzuciliśmy na łące a sami udaliśmy się z Frankiem (który wspaniałomyslnie do nas przyjechał ;]) na apel do Oświęcimia. Następnie wróciliśmy pod most i nasza liczna spływowa ekipa wyjechała wraz z Frankiem do Rybnika (wszyscy zmieściliśmy się do samochodu, prócz kanadyjek, które zabrał Łukasz). I tak oto zakończył się ten krótki, aczkolwiek fantastyczny spływ.
dh. Natasza Gałuszka i Aneta Ługowska





