Komodor szlaku: Kamil Jakubiak
Komendantka drużyny spływowej: Agnieszka Malinowska
Kwatermistrz: O zgrozo, ja

Ogółem z szóstki : 6 osób
Dzień I
Środa rozpoczęła się od spontanicznej integracji z innymi drużynami na nocnej warcie. Jak się wówczas okazało, szóstka znana jest z tego, że „nie mówi i nie integruje się”. Dlatego też byli zaskoczeni, że tym razem mamy coś do powiedzenia.
Punktualnie o 8:00 wszystkie kanadyjki były gotowe do wypłynięcia. Nie licząc zeszłorocznego Wawelberga na czółnie, był to nasz (mój i Ewy) pierwszy spływ rzeką, więc stosowałyśmy metodę „slalom gigant”. Jak się zdawało, byłyśmy najpewniejszymi kandydatkami do gleby podczas wsiadania (40%) lub na zalewie (30%). Pierwszy postój był na naszej stanicy. Oficjalnie „zwiedzanie stanicy 6HDŻ”, w praktyce szóstka się pakuje, a reszta zwiedza „toalety”. Po przepłynięciu zalewu czekała nas pierwsza przenoska przez tamę. Dalej już tylko prosto, a raczej cały czas kręto. Razem z Ewą każdy zakręt kończyłyśmy w krzakach, a standardem było trafianie na każdą przeszkodę, nawet jeśli była minimalna i widoczna z daleka. Na szczęście (dla nas) miałyśmy stały nadzór oboźnego Tworka, który zamykał szlak (dla niego niestety). Po drodze przemykaliśmy nad lub pod drzewami. O dziwo, nie zaliczyłyśmy żadnej gleby i wbrew pozorom nie płynęłyśmy ostatnie- pobiły nas dziewczyny z 30HDW (prywatna eskorta, w sumie ok. 10 gleb, 1,5h za nami). Drugi postój był w przyklasztornym parku w Rudach, po symbolicznym posiłku ruszyliśmy dalej. Ok. 17:30, szczęśliwi i mokrzy dotarliśmy na miejsce biwaku.
Dzień II
Slalom już mniejszy, poranna punktualność również mniejsza. Niczego nieświadomi płyniemy przez pola, lasy i pastwiska. Wciąż żadnych gleb (oczywiście pomijając dziewczyny z 30;D), ci bardziej ZŁOŚLIWI twierdzą, że więcej idziemy niż płyniemy.. W każdym razie nie da się ukryć, że wyskakiwanie i wskakiwanie do kanadyjki mamy opanowane do perfekcji i to dosłownie w każdej pozycji. Płyniemy dalej, a tam.. HIT WYPRAWY! Jasiu z Maliną złamali kanadyjkę! Sprawa bez precedensu- kanadyjka przygnieciona drzewem. Wszyscy przenosili sprzęt nad drzewami, szóstka, jeśli to możliwe, przepychała pod.. Dodajcie to sobie sami.. :] Po wszystkim ruszyliśmy dalej w trochę innym zestawie. Reszta drogi obyła się bez „rewelacji”. Pokonaliśmy kilka drzew i jazów, w tym jeden zamiast przenoski przez drogę co skończyło się duużą ilością wody w kanadyjkach. Szczęśliwi i trochę mniej mokrzy dotarliśmy na miejsce drugiego biwaku, wspólnego z Wawelbergiem.
Dzień III
Po dwóch dniach na Rudzie, Odra wydawała się monotonna. Miało to swoje plusy- była na tyle szeroka, że nie byłyśmy w stanie wpłynąć na drzewo. Integracja kwitła, „syf” się cieszył, masowe „deszcze” i gleby urozmaicały nam życie. Ok. 14:00 przebrnęliśmy przez śluzę w Kędzierzynie. Po godzinie dopadła nas burza, dość bolesna jeśli chodzi o ilość wody na twarzy i skuteczność wiosłowania. Niestety, kiedy dopływaliśmy do drugiej śluzy, trafiliśmy na dalszą część tej burzy, która była już zdecydowanie bardziej bolesna. Rycząc jak dzicy wojownicy zdołałyśmy dopłynąć do śluzy, ci co mieli mniej szczęścia skończyli w krzakach. Miła pani zagoniła nas do szopy i dała herbatkę. Po umownym końcu burzy, w wyższej „agonii dreszczowej” ruszyliśmy dalej. Na miejsce dotarliśmy już ze Słońcem. Na starorzeczu postanowiłam być wspaniałomyślna i przyciągnąć nas do brzegu, wyszłam z kanadyjki i.. tyle mnie było widać. Szczęśliwi (i mokra) dotarliśmy na miejsce.
dh Paulina Hetman